Usługi i atrakcje weselne

Jak zaplanować sesję ślubną w dniu ślubu?

Agnieszka Kowalik
Jak zaplanować sesję ślubną w dniu ślubu?

Sesja w dniu ślubu: chwila oddechu czy kolejny obowiązek?

Znacie to uczucie, gdy po wielkiej imprezie próbujecie przypomnieć sobie szczegóły, a wszystko zlewa się w jedną, emocjonalną plamę? Dzień ślubu to dokładnie taka impreza, tylko podniesiona do dziesiątej potęgi. Wir życzeń, uścisków, toastów, tańców... To cudowne, ale potrafi też przytłoczyć. I właśnie w tym zamieszaniu pojawia się pomysł: „zniknijmy na chwilę, żeby zrobić sobie zdjęcia”.

Szczerze? Kiedy pierwszy raz o tym usłyszałam, pomyślałam: „Chyba żartujecie! W tym chaosie mam jeszcze myśleć o pozowaniu?”. Wydawało mi się to kolejnym punktem na i tak pękającej w szwach liście zadań. Z czasem jednak, po rozmowach z wieloma parami i fotografami, zrozumiałam, że kompletnie myliłam pojęcia. Sesja w dniu ślubu to nie jest kolejne zadanie do wykonania. To zaplanowanie… chwili oddechu. Waszego małego, prywatnego azylu w oku cyklonu.

Chwila oddechu, a nie kolejny obowiązek

Wyobraź sobie taką scenę. Jesteście już po ceremonii, opadł pierwszy stres. Zjedliście obiad, przyjęliście setki życzeń. I nagle, zamiast rzucać się od razu w wir zabawy, Wasz fotograf dyskretnie daje Wam znak. Wychodzicie na zewnątrz, może do ogrodu przy sali weselnej, może na pobliską polanę skąpaną w zachodzącym słońcu. Na te 30, może 45 minut, świat zwalnia. Nagle znikają ciotki dopytujące o plany na przyszłość i wujkowie namawiający do kolejnego toastu. Jesteście tylko Wy dwoje.

Możecie wreszcie na spokojnie spojrzeć sobie w oczy, złapać się za ręce i powiedzieć: „Wow, zrobiliśmy to. Jesteśmy małżeństwem”. To moment, w którym możecie się przytulić bez setki par oczu wpatrzonych w Was. Fotograf jest gdzieś obok, łapie te naturalne, niewymuszone emocje. To nie sesja w stylu „ustaw się tak, a teraz uśmiech!”. To dokumentacja Waszej pierwszej, prywatnej chwili jako męża i żony. I to właśnie ten aspekt jest najbardziej przekonujący.

Magia „tu i teraz” – dlaczego te zdjęcia są inne?

Pewnie myślisz: „Ale możemy zrobić sobie sesję w plenerze tydzień po ślubie, na spokojnie!”. Owszem, możecie. I wiele par tak robi, bo to również fantastyczna opcja. Jednak zdjęcia zrobione w dniu ślubu mają w sobie coś, czego nie da się podrobić. Tę autentyczną, buzującą w żyłach mieszankę adrenaliny, szczęścia i lekkiego niedowierzania. Tego blasku w oczach nie da się udawać.

Pamiętam sesję moich znajomych, Kasi i Tomka. Wymknęli się na pół godziny w trakcie wesela. Kiedy wrócili, wyglądali na jeszcze bardziej naładowanych pozytywną energią. A gdy później zobaczyłam ich zdjęcia, zrozumiałam dlaczego. Na każdej fotografii widać było tę iskrę. Sposób, w jaki Tomek patrzył na Kasię, i jej roześmiana twarz mówiły wszystko.

Kluczowe informacje

Przejdźmy do konkretów. Pomysł zniknięcia na sesję jest romantyczny, ale bez planu może zamienić się w logistyczny koszmar. Czy zdążymy? Czy goście nie będą się nudzić? Czy w ogóle wyjdą z tego dobre zdjęcia, gdy będziemy myśleć tylko o powrocie na salę? Spokojnie, da się to zorganizować. Trzeba tylko wiedzieć, jak się za to zabrać.

Czas to (nie) wszystko, czyli ile naprawdę potrzebujemy?

Wydaje ci się, że na sesję potrzeba całej wieczności? Prawda jest taka, że większość fotografów powie Wam, że idealny czas to od 30 do 60 minut. To złoty środek, który pozwala złapać piękne, naturalne kadry, bez zamęczania Was i bez wywoływania paniki wśród gości.

Kluczowa jest jednak jedna rzecz: te 30-60 minut to czas samego robienia zdjęć. Do tego trzeba doliczyć całą logistykę. Czas na dojście lub dojazd na miejsce, poprawienie makijażu, chwilę na złapanie oddechu... Nagle z 40 minut robi się godzina z kwadransem. Moja znajoma Ania miała miejscówkę na zdjęcia 5 minut spacerem od sali. Myślała, że znikną na pół godziny. Zanim jednak druhna pomogła jej z trenem, zanim znaleźli idealne światło i wrócili, minęła prawie godzina. Goście nawet nie zauważyli, ale dla niej był to dodatkowy stres, bo w głowie miała sztywny harmonogram.

  • Praktyczny tip: Usiądźcie z fotografem i rozrysujcie plan. Zapytajcie wprost: „Jeśli sesja ma trwać 45 minut, to ile czasu musimy zarezerwować w harmonogramie od wyjścia z sali do powrotu?”. Doliczcie 15-30 minut na całą logistykę. To Wasz bufor bezpieczeństwa.

Zaufajcie mi, ten bufor uratuje Wam nerwy. A przecież chodzi o to, żeby to była przyjemność, a nie kolejny punkt do odhaczenia.

Złota godzina czy pierwszy rzut oka? Wybieramy idealny moment

Kiedy jest najlepszy czas, żeby się wymknąć? Są dwie główne szkoły, a każda ma swoją magię. Pierwsza, najbardziej popularna, to „złota godzina”. Kojarzysz to przepiękne, miękkie, złociste światło tuż przed zachodem słońca? To właśnie to. Zdjęcia robione w tym momencie wyglądają jak z bajki – jest w nich ciepło, romantyzm i nostalgia. Emocje po całym dniu trochę już opadły, jesteście mężem i żoną, możecie na chwilę odetchnąć i nacieszyć się sobą.

Jest też druga opcja, którą osobiście uwielbiam – sesja po „first look”, czyli jeszcze przed ceremonią. Wyobraź to sobie... Jesteś gotowa, on czeka gdzieś w ogrodzie, podchodzisz, dotykasz jego ramienia, on się odwraca i... widzicie się po raz pierwszy. Tylko we dwoje. Emocje są nie do podrobienia. Po takiej chwili intymności można od razu zrobić krótką sesję. Macie świeży wygląd, energię, a taka chwila sam na sam może zdziałać cuda na uspokojenie nerwów przed ceremonią.

  • Praktyczny tip: Sprawdźcie godzinę zachodu słońca w dniu Waszego ślubu – to kluczowe dla planowania „złotej godziny”. Jeśli jednak wolicie tradycję i moment zobaczenia się dopiero przed ołtarzem, opcja z „first look” odpada. Zastanówcie się, co jest dla Was ważniejsze: tradycja czy intymność i spokój przed ceremonią.

Podsumowanie

Po całym maratonie planowania i żonglowania oczekiwaniami gości, mam dla Was jedną, kluczową myśl. Sesja w dniu ślubu to nie jest kolejna pozycja na liście. To świadoma decyzja o tym, jak chcecie zapamiętać te pierwsze chwile jako małżeństwo. To Wasz azyl w środku najpiękniejszego chaosu na świecie.

Wasz dzień, Wasze zasady

Pamiętam ten natłok "dobrych rad". Ciocia upierała się, że zniknięcie na zdjęcia to "obraza dla gości". Znajoma przekonywała, że tylko sesja w innym dniu ma sens. Czułam, że gubię w tym wszystkim nasz własny głos. Najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy, było zamknięcie oczu na te wszystkie "powinno się" i zadanie sobie pytania: czego MY tak naprawdę chcemy? Chcieliśmy uchwycić tę iskrę, tę euforię buzującą w człowieku tuż po ceremonii. Tego nie da się odtworzyć tydzień później.

Dlatego moja rada jest prosta: słuchajcie siebie. Jeśli marzycie o tych kilkunastu minutach sam na sam, z dala od gwaru, zróbcie to. Goście naprawdę sobie poradzą. Dobry DJ, smaczne jedzenie i otwarty bar to trio, które zapewni im rozrywkę na znacznie dłużej niż Wasza krótka nieobecność. To Wasza historia. Nie pozwólcie, żeby ktoś inny pisał jej najważniejsze rozdziały.

Perfekcja? A komu to potrzebne!

Znacie to ciśnienie, żeby wszystko było idealne? Suknia bez plamki, fryzura nietknięta wiatrem, makijaż nieskazitelny przez całą noc. Ja też dałam się w to wkręcić. A potem, w dniu ślubu, zaczął padać deszcz. I wiecie co? To było najlepsze, co mogło się stać. Zamiast pozowanych uśmiechów na tle idealnego zachodu słońca, mamy zdjęcia, na których biegniemy pod wielkim parasolem, śmiejąc się do łez. Mój welon jest lekko wilgotny, a na garniturze męża widać krople deszczu. Te zdjęcia mają w sobie więcej życia niż jakakolwiek wyreżyserowana sesja.

Odpuśćcie pogoń za perfekcją. Wasze zdjęcia ślubne nie muszą wyglądać jak z katalogu. Mają opowiadać o Was. O tym, że się kochacie, że jesteście szczęśliwi, a czasem trochę zestresowani. O tym, że wiatr potargał Wam włosy, a Wy mieliście to gdzieś, bo liczyło się tylko bycie razem. Prawdziwe emocje są cenniejsze niż idealna kompozycja. To właśnie te "nieidealne" kadry będziecie oglądać z największym sentymentem.

Zaufanie – najważniejszy punkt w harmonogramie

Możecie stworzyć najbardziej szczegółowy plan, a i tak wydarzy się coś nieprzewidzianego. I to jest w porządku. Kluczem do spokoju nie jest żelazna kontrola, ale zaufanie. Zaufanie do fotografa, że znajdzie piękne światło nawet w pochmurny dzień. Zaufanie do świadkowej, że przypilnuje gości. I wreszcie – zaufanie do siebie nawzajem, że poradzicie sobie z każdym poślizgiem.

Kiedy "uciekliśmy" na naszą sesję, kompletnie wyłączyłam tryb panny młodej-organizatorki. Powiedziałam fotografowi: "Mamy 40 minut, prowadź!". Nie myślałam, czy zdążymy na ciepłe danie i czy zespół zaczął już grać. Skupiłam się na chwili, na moim mężu, na tym surrealistycznym uczuciu, że to wszystko dzieje się naprawdę. I to właśnie widać na zdjęciach: spokój, radość i miłość. A nie stres związany z harmonogramem.

Za dwadzieścia lat nie będziecie pamiętać, czy sesja trwała 30 czy 45 minut. Będziecie pamiętać to uczucie, zapach, spojrzenia, które udało się zatrzymać w kadrze. I właśnie tego Wam z całego serca życzę. Spontaniczności, radości i zdjęć, które będą biły prawdziwymi emocjami.

Najczęściej zadawane pytania

Na czym polega sesja zdjęciowa w dniu ślubu?

Dlaczego warto zrobić sesję zdjęciową w dniu ślubu, a nie w innym terminie?

Podczas organizacji własnego ślubu przekonałam się, jak wymagające potrafią być przygotowania do tego dnia. Na bazie własnych doświadczeń stworzyłam bloga, na którym dzielę się praktycznymi wskazówkami, narzędziami i sprawdzonymi rozwiązaniami, które pomagają planować ślub w sposób uporządkowany i świadomy.